Obóz biegowy Turcja 2020 – część pierwsza

Bardzo długo mnie nie było. Niestety życie nie układa się tak jakbyśmy tego chcieli. Kiedy każdy żył sensacją związaną z koronawirusem, mój pupil walczył o życie! Na szczęście pokonał babeszjozę i doszedł już do siebie. Pasmo nieszczęść przeszła na właściciela, kontuzja której nabawiłem się przez własną głupotę w Turcji się wydłużyła, doszło zatrucie organizmu i tak przeleciał już ponad tydzień w Polsce.

Przygotowania do wyjazdu

Wyjazd na ten obóz biegowy zaplanowałem już ponad rok temu. Wybrałem miejsce, hotel i po raz pierwszy – aż 14 dni wakacji! Muszę przyznać, że czas do wyjazdu minął dość szybko i na dwa dni przed wyjazdem trzeba było się zacząć pakować. Jestem ambitnym biegaczem, więc zabrałem 3 pary butów, 3 pary spodenek, 2 singlety i 2 pary koszulek! Ubrań wyjściowych miałem bardzo mało, ponieważ leciałem tam z zamiarem trenowania! Niestety nie wziąłem też wazeliny i plastrów do stóp, co dla mnie skończyło się kontuzją, ale o tym w dalszej części.

Mój obóz biegowy podzielę na dwie części. Dziś przeczytacie relację z pierwszego tygodnia, podczas którego przebiegłem aż 154 km. Jest to rekord w mojej biegowej historii! Mam nadzieję, że opis wam się spodoba, a wnioski wyciągniecie sami.

No to lecimy…

Lot miałem zaplanowany dość późno, do stolicy wybraliśmy się po śniadaniu. Lubię sobie wszystko planować i układać. Podróż przebiegła szybciutko i po 2 godzinach znaleźliśmy się na Warszawskim Ursynowie, gdzie zakupiliśmy miód na tamtejszym targowisku, 6 maskotek dla Maxia, żeby miał czym się zająć podczas naszej nieobecności i udaliśmy się na obiad. Dojazd na lotnisko oraz wszelkie procedury związane z wylotem przebiegły bardzo sprawnie. Niestety, już na lotnisku widać było panikę związaną z wirusem.

Pełny samolot z turystami wystartował bez opóźnienia, a lot przebiegał bez zakłóceń, aż do momentu lądowania. Wpadliśmy w mega turbulencje przez silny wiatr od morza. W samolocie było słychać piski i wrzaski podróżnych. Nikomu nie było do śmiechu. Jestem pewny, że w tym czasie każdy zapomniał o korona wirusie! Na szczęście udało się wylądować. Szybka odprawa, odbiór walizek (jak zawsze ostatni) i wychodzimy przed lotnisko, gdzie wita nas mega wiatr i chłodne powietrze. Pani z biura podróży przekazała nam numer autokaru i czekaliśmy na transport. Do hotelu Bellis Deluxe, podróżowaliśmy 30 minut. Byliśmy w hotelu przed północą! Szybki meldunek i ruszamy na nocną kolację. No i zaczęło się! Totalne wariactwo, tyle żarcia! Nie odmawiam sobie jedzenia, szczególnie podczas takiego wyjazdu. Po posiłku udaliśmy się do pokoju i poszliśmy spać, troszkę zmęczeni po podróży.

Niedziela

Żeby zrealizować nowy plan treningowy musiałem zakończyć poprzedni tydzień. Miałem tylko 16 km w spokojnym tempie. Wszystko po to, żeby zwiedzić okolicę i sprawdzić czy jest gdzie trenować. Niestety okolica okazała się mało ciekawa. Same pola golfowe i boiska piłkarskie. Z tego słynie miejscowość Belek.

Rano późno wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie. Póżniej spotkanie z rezydentką i poszukiwanie cukierni 😉 (ha ha), która niestety okazała się remontowana! Przebraliśmy się w stroje kąpielowe. Żal byłoby nie skorzystać z takiej pogody. Zaczęliśmy od opalania przy basenie podgrzewanym. Potem późny obiad i poszedłem do pokoju wskoczyć w ciuchy biegowe. Wybiegam z hotelu, skręcam w lewo, dalej około kilometra skręt w prawo… jest pod górkę 😉 Tak wyglądał mój każdy trening! Po 2 km miałem wybór (na światłach) w prawo lub w lewo, innej opcji nie było! Wybrałem opcję w lewo, a po km skręt w prawo i długa prosta ponad 2 km, która prowadziła przez targ! Następnie parę uliczek miejskich i skręt na drogę szybkiego ruchu ;). Dalej prosto 3 km po tej drodze. Dosłownie! Niby były wszędzie chodniki, ale bardzo dziurawe i twarde, dlatego wybierałem opcję asfalt! Większość kierowców, która na mnie trąbiła to z pozdrowieniem lub biciem brawa! 😉 Wyobrażacie sobie to w Polsce? Powrót do hotelu tą samą drogą, z delikatną przerwą w okolicy targu. Bezdomny pies chciał się ze mną pobawić, nie mogłem mu odmówić! Po powrocie szybka kąpiel i schodzimy na kolację. Dostaję wiadomość od trenera: „plan na meilu”. Oczywiście najpierw otwieram meila! Staje i czytam tak z pięć minut. Małżonka mnie pogania i nagle mówię głośne: „o kur…a”! Przeliczyłem szybko mój plan. Ponad 150 km w tydzień, życie jest piękne! Lecę na kolację i słyszę podświadome głosy: ” jedz Paweł, od jutra będzie bolało”.

Teraz Wam opiszę w streszczeniu jak to wyglądało w następnych dniach. Nie ma sensu pisać tego samego, ponieważ codziennie się opalałem, leżałem na basenie, kąpałem w morzu i tak cały pierwszy tydzień. Duża monotonia i mimo olbrzymiej ilości kilometrów w nogach, mój zegarek nie pokazywał, żebym palił więcej kcal niż w moim ukochanym Lublinie!

Poniedziałek

Nastawiłem sobie budzik na 6:30 (w Polsce była 4:30). Wstaję. Ubieram się w strój biegowy, jem banana i wychodzę na trening. Bieg progresywny 12 km i po 53 minutach kończę pierwszy trening tygodnia. Wieczorem wychodzę na drugi trening – spokojne 8 km. W ciągu dnia czytam książkę, opalam się, jem i leżę.

Wtorek

Raniutko wychodzę na bieg ciągły. Nie sprawił mi żadnego problemu, tym bardziej, że poznałem już dokładnie okolicę. Niestety nie ma za bardzo gdzie biegać, więc biegam po ulicy dwupasmowej.

Po śniadaniu decydujemy się na Turecki Hamann. To było naprawdę świetne przeżycie. Przed kolacją wychodzę na kolejny bardzo luźny trening plus rytmy. Niestety dopada mnie potężna burza. Grad, silny wiatr (taki, że mną rzucało) i wróciłem przemoczony. Niestety nie wziąłem wazeliny, którą smarowałem stopy. Przez mega deszcz, odezwał się stary problem – bąble na stopach. Miałem ich 7! Trzeba było przebijać. Mimo, że nie przeszkadzały mi w bieganiu, to chyba nieświadomie zmieniłem technikę biegu!

Środa

Poranne 10 km rozbiegania. Bardzo przyjemny trening. Delikatnie czułem stopy. Ale trudno nazwać to bólem (pocieranie urażało otarcia i pęcherze). Mogę powiedzieć, że czułem bardzie dyskomfort i nie zwracałem na to uwagi.

Po treningu standard – opalanie, czytanie książki, leżenie w basenie. Wieczorkiem standardowo przed kolacja spokojny trening plus rytmy.

Czwartek

Tym razem wyszedłem na trening dopiero po śniadaniu. Nie chciało mi się wstawać. W dodatku miałem mega kombinacyjny trening i wiedziałem, że zrobię go na prostej wzdłuż hotelu.

Rano: 4 km spokojnie + rozgrzewka + 6 x 400 m p. 200 m trucht + 6 x 300 m p. 200 m trucht + 6 x 200 m p .200 m trucht + 2 km trucht + SPR.

Tak wyglądał mój poranny trening. Byłem niemałą atrakcją dla taksówkarzy i turystów wychodzących z hotelu! Późnym popołudniem wykonałem drugi trening – delikatne 8 km na pobudzenie mięśni.

Wieczorem udaliśmy się na małe zakupy. Postanowiłem poszukać też apteki w celu zakupienia wazeliny i plastrów. Za całość zapłaciłem (w przeliczeniu na Polską gotówkę) 70 zł!!!!!

Piątek

W planie miałem tylko jeden poranny trening – 18 km. W dodatku monotonny, dość wolny. Zwiedzałem zatem okolice. Podczas tego treningi upolowałem świeże mandarynki, prosto z drzewa.

Poza treningiem standard – opalanie, czytanie książki itp. Po moich bąblach na stopach zostały delikatne ranki i nie czułem bólu. No może został delikatny dyskomfort.

Sobota

Rano miałem naprawdę ciężki trening, który wykonałem na dwupasmówce, ponieważ na Tureckiej kostce brukowej, prędzej bym się połamał (dziura na dziurze i straszne nierówności).

Trening mnie naprawdę zmęczył. Miałem do wyboru 3, bądź 4 x 3 km i przyznaję, że wybrałem opcję 3 x 3 km w tempie 3:36 – 3:40 km! Ten trening poczułem! Wykonywałem go bez koszulki. Było tak gorąco! Tym bardziej, że wykonywałem go po śniadaniu. Wieczorkiem miałem wybór – delikatne rozbieganie lub odpuszczenie treningu. Zdecydowałem się wyjść pobiegać. I w sumie zanim zacząłem trening, praktycznie dobiegł końca. Mimo wszystko cieszyłem się. Wygrałem z własną głową!

Niedziela

Długie wybieganie! 24 km 😉 Doleciałem, aż na autostradę, na której zrobiłem 2 km w jedną stronę i nawrót. Nikomu to nie przeszkadzało! Na drogach dwupasmowych niejednokrotnie przejeżdżała tamtejsza policja i też nie nakazywali schodzić z ulicy!

Wracając do treningu… Mój Trener wymyślił mi przyspieszenia co 1 km i pod koniec czułem już trudy tego wybiegania. Na szczęście żel pomógł mi przetrwać trening. Dzięki tym przyspieszeniom trening był bardzo szybki i ciągle coś się działo.

Tak mi zleciał pierwszy tydzień w Turcji, podczas którego pokonałem rekordowy dystans w tygodniu 154 km! Co było w następny dowiecie się niebawem. Obecnie leczę kontuzję i brak mi natchnienia na cokolwiek. Niestety co mi dolega nie wie nikt! W naszym pięknym kraju leczą tylko koronowirusa, a reszta dostaje zwolnienie lekarskie przez telefon. Nawet jak nie chcesz zwolnienia, to lekarz proponuje Ci jedynie to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *